Muzo! Męża wyśpiewaj, co święty gród Troi Zburzywszy, długo błądził i w tułaczce swojej Siła różnych miast widział, poznał tylu ludów Zwyczaje, a co przygód doświadczył i trudów!

Film jest na poważnie. Grożą naszej cywilizacji okrutni ludzie z morza, a potem się okazuje, że to my sami nimi jesteśmy, tkwi w nas jądro ciemności – tak okrutnie ze sobą przecież wojujemy. Wyrzuty sumienia tak doskwierają Odysowi, że musi wymordować jeszcze wszystkich zalotników swojej żony i wtedy dopiero udaje się na zasłużoną emeryturę, gdzie nie ma już śladu po wyrzutach sumienia. Taki trochę niekonsekwentny przekaz, ale dobrze się ogląda.

Netflix już tak przyzwyczaił nas do przymusowej “diversity”, że nie wybuchamy śmiechem kiedy Hindus mówi “jesteśmy Grekami z Itaki”. Ponoć greccy aktorzy wystosowali pismo do Hollywood z pytaniem dlaczego ich wszystkich pominięto w obsadzie. Jest jednak taka śmietanka aktorska, że ani czarna Helena, ani rapper nie przeszkadzają.

Jest postać, która nie pojawia się w Odysei. Nolan zaczerpnął ją z Eneidy Wergiliusza. To żołnierz Sinon, któremu Trojanie uwierzyli i wprowadzili figurę konia jako dar dla Ateny na swoją zgubę. Rolę Sinona powierzono kobiecie transwestytce Eliotowi, uprzednio Ellen, Page. To ona wprowadza fałszywego konia przez którego ginie Troja. Są też inne odstępstwa od Homera. Nie ma zjadaczy lotosu – Kalypso karmi Odysa lotosem. A Kirke nie zakochuje się w Odysie, bo jest feministką nie znoszącą męskich świń.

Największe odstępstwo od przekazu Homera to jednak nieobecność Bogów, ale w tym tak bardzo realistycznym filmie nie ma na nich miejsca. „Że też to na karb niebian człowiek wszystko kładzie, Co dozna złego; chociaż sam swoją głupotą, Idąc wbrew Przeznaczeniu, ugrzęza w to błoto!”