Byłam z Magdą na transmisji opery o Fridzie Kahlo i Diego Rivera w kinie Roy, a w Krakowie Lidka z koleżankami oglądała to samo.

Oszałamiająca wizualnie inscenizacja. Głosy fenomenalne, , może oprócz Diego, ale szczególnie kontratenor z Niemiec nam się podobał – to ten co wychodzi z szafy (tak jest gejem, śpiewa chętnie z Conchitą Wurst).

Libretto oparte na świetnym pomyśle, choć w szczegółach czasem idiotyczne, np Diego – potomek europejskich najeźdźców – śpiewa z wyrzutem, że zniszczono kulturę Teotihuacan.

Wszystko rozgrywa się w święto Dia de los muertos. Frida wychodzi ze świata umarłych i pomaga Diego w przybyciu tam. To jest motyw typowy: umierający widzi jak przychodzi ktoś miły po niego. Ponoć tak kochał Fridę, że wyraził jako swoją ostatnią wolę, żeby ich prochy zostały połączone. Rodzina nie wypełniła tego życzenia. Ale Diego też nie wypełniał życzeń, np swoich klientów takich jak p. Rockefeller, zdradzał Fridę, a ona jego z Trockim.